• Opublikowane 19 Październik, 2015

Bez Bałkanów Europa byłaby nudna....

Bez Bałkanów Europa byłaby nudna. To miejsce mieszania się religii, wyznań, narodów i języków stworzyło kocioł będący przeciwwagą dla - w miarę uporządkowanej - zachodniej części kontynentu. My postanowiliśmy przemierzyć ten tygiel autostopem.

Sklepy wielkopowierzchniowe przy wylotówkach z miast, blaszane magazyny i hale produkcyjne na obwodnicach. Te same bilbordy na przestrzeni setek kilometrów. Kiedy człowiek utknie gdzieś na autostradzie, może poczuć się jakby wszedł do dziwnego imperium asfaltu i blachy. Wszędzie te same kubki po kawie, takie same dystrybutory z paliwem i Ci sami śpieszący się kierowcy. Te same modele samochodów i ten sam zapach nagrzanej nawierzchni. Te same sieci fastfoodów przy tych samych sieciach stacji benzynowych. Te same marki hipermarketów w wielu krajach, bramki na każdej autostradzie podobne. Tesco i McDonald's mogłyby wyznaczać zasięg kultury europejskiej. Rzymianie budowali drogi i akwedukty, średniowieczni królowie katedry i zamki, ludzie epoki oświecenia wznieśli kolej żelazną i maszyny parowe, a my stawiamy galerie handlowe i blaszane pudła sklepów.

W jednym z takich miejsc łapiemy na stopa trójkę Czechów - ludzi, których życiową misją jest uwalnianie świata od ciężaru posiadania, czyli inaczej mówiąc kradzież. W ciągu kolejnych kilku godzin udało im się uwolnić sklep od ciężaru posiadania kilku soków i paczek ciasteczek, restaurację od groźby posiadania odpowiedniej ilości posiłków oraz kilku kompletów talerzy, a samych siebie od około grama substancji, która nad Wisłą jest zakazana. A jak przejść przez granicę, gdy jeden z nich z dokumentów ma tylko akt urodzenia? Dla nich żaden problem, wystarczy wysiąść z auta przed przejściem granicznym, zmieszać się z pielgrzymką do Medjugorie a potem, jak nigdy nic, przejść na drugą stronę. W taki oto sposób wieczorem lądujemy na wybrzeżu Adriatyku.

Miejsce to chyba każdy kojarzy z plakatów na szybach agencji turystycznych - małe porty między skałami, żaglówki i niezliczone wyspy. Taki "pocztówkowy" widok zastaliśmy rano, droga na południe wzdłuż morza też sama w sobie stanowi atrakcję. My jednak po jakimś czasie odbijamy w obszar górski.

Jeśli czasem mówi się o Polsce "A" i Polsce "B", to Chorwacja ma część "A" i od razu część "Z". Wystarczy, że wyjedzie się poza zasięg szumu morza, a już można zobaczyć pastwiska, stare chaty kryte strzechą, opuszczone domostwa, w których prawdopodobnie od czasu wojny nikt nie mieszka. Góry, w których poruszać można się tylko po kilku kiepsko oznaczonych szlakach, bo reszta obszaru może być jeszcze zaminowana. Wszechobecna bieda, która wyraźnie kontrastuje z turystycznym, pstrokatym wybrzeżem. Dla nas jest to miejsce, gdzie można odpocząć od zgiełku tłumów na plażach i porozmawiać z ludźmi inaczej niż według schematu turysta-klient-sprzedawca.

Gdy namiot rozbijamy w centrum wioski, nikt nam nie robi problemów. Rano miejscowi wskazują nam drogę, jeszcze tylko około godziny marszu i zaczynamy wspinać się na Vrh Dinare – najwyższy szczyt Chorwacji.

Wszystko idzie bardzo sprawnie. Szybko dochodzimy do ruin zamku gdzie mamy pierwszy postój, mimo kilku niejasności w miarę sprawnie odnajdujemy szlak i już po kilku godzinach jesteśmy na szczycie, gdzie spotykamy dwójkę Chorwatów. Późniejsze zejście to przeprawa przez chaszcze, doły i powalone drzewa. Szlak szybko się gubi, a drogę wyznaczają nam kubki pozatykane na gałęziach. Ścieżki nie ma żadnej. Niżej trafiamy na zarośla, w których pojawiają się pierwsze wydeptane ślady. Jeszcze trochę kluczenia i trafiamy na szutrową drogę. Wody prawie nie mamy, spać idziemy pod gwiazdami. Cóż, miało być dziko - to jest.

Na granicy Bośniacko- Chorwackiej zjawiamy się dwa dni później około północy. Bośniaccy strażnicy robią nam herbatę, częstują cukierkami i pomagają wybrać miejsce na namiot. Tak naprawdę, pytając o miejsce na namiot, nie wiedzieliśmy nawet czy spanie na granicy jest legalne, ale im to najwyraźniej nie przeszkadza. Jeden z nich właśnie obszedł okolicę i wskazuje nam pustostan. Pustostany, czy właściwie niedokończone budowle to ciekawe na Bałkanach zjawisko. Najwięcej jest ich w Bośni. W niektórych miejscach nawet więcej niż zamieszkanych domów. Przeważnie są olbrzymie, budowane z rozmachem. Podobno ich budowa zaczęła się zaraz po wojnie[1], ale dlaczego nigdy się nie zakończyła, nikt nie wie. Jedni mówią, że odszkodowania wojenne były mniejsze niż początkowo zakładano, inni, że gdy państwo zaczęło się dźwigać po wojnie, w pewnym momencie drastycznie podrożały materiały budowlane. Słyszałem również wersję z podatkami i kilka teorii spiskowych. Wieczorami, gdy idzie się ulicami, wzdłuż których stoją tylko takie ceglano-pustakowe potwory z pustymi okiennicami, można się poczuć jak w postapokaliptycznym świecie. Wszystko porzucone, nikt niczego nie pilnuje.

Bośnia wyróżnia się na tle bałkańskich państw także z innego powodu. To kraj trzech religii (islam, prawosławie i katolicyzm), mający jednocześnie trzech prezydentów, w którym Boszniacy[2] nie stanowią nawet połowy populacji. Symbolem tego bośniackiego kotła mógłby być Maglić - najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny. Szlak na Maglić jest całkiem dobrze oznaczony, prawie pod sam szczyt można wjechać autem. Oczywiście my go nie posiadamy, więc do przełęczy Prijevor idziemy pieszo. Śpimy w warunkach prawie luksusowych. Na miejscu znajduje się szałas pasterski, a w pobliżu niego źródełko. Na szczyt prowadzą trzy szlaki, my wybieramy ten, który przechodzi koło Trnovackiego jeziora. Jezioro to znajduje się w Czarnogórze, ale Bośniakom nie przeszkodziło to w wyznaczeniu szlaku właśnie tamtędy. Dzięki temu mamy okazję podziwiać krystaliczne wody, w których odbijają się strome ściany Gór Dynarskich. Dalsza wspinaczka, ze względu na stromiznę i osypujące się kamienie, do przyjemnych nie należy. Gdy wychodzimy na partie szczytowe, wszystko zatopione jest we mgle, w oddali słychać grzmoty nadchodzącej burzy. To, że doszliśmy do celu, wiemy dzięki fladze Serbii na szczycie, który znajduje się de facto na granicy Bośniacko- Czarnogórskiej. Warunki sukcesywnie się pogarszają, we mgle mylimy szlaki (w krajach byłej Jugosławii wszystkie oznaczane są czerwoną kropką) i z powrotem do przełęczy schodzimy szlakiem przeznaczonym dla wspinaczy - teoretycznie, gdyż w praktyce stosunkowo sporo pieszych turystów nim podąża. Zejście planowane na dwie godziny zajmuje nam godzin pięć, z powrotem na przełęczy Prijevor pojawiamy się późnym wieczorem, a namiot już tradycyjnie rozbijamy po ciemku nieco powyżej wsi Tjeniste.

W następnych dniach odwiedziliśmy pozostałe siedem państw Bałkanów, poznając je zarówno od strony górskiej jak i autostopowej. Poznaliśmy wielu ludzi, którzy nam pomogli, ale też przeżywaliśmy chwile zwątpienia i rozpaczy. Ale co się działo na kolejnych kilometrach drogi - to już historia na inną notatkę.

Autor: Michał Rakoczy

 


[1]Chodzi oczywiście o wojnę w latach 90’

[2]Boszniacy to grupa etniczna (głównie Muzułmanów), w odróżnieniu od Bośniaków, czyli wszystkich obywateli  Bośni, w tym także Serbów i Chorwatów.

 


Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.