• Opublikowane 12 November, 2015

Czarnogóra i Kosowo

Czarnogóra i Kosowo to kraje,[1] które jako ostatnie oddzieliły się od Serbii, pieczętując niejako rozpad Jugosławii. Pierwszy z nich staje się coraz popularniejszym miejscem spędzania urlopu, drugi wciąż często kojarzy się z oddziałami KFOR-u i konfliktem między Serbami i Albańczykami. My postanowiliśmy poznać górskie oblicze tych dwóch miejsc.

Wrysowanie drogi między Brodem w Bośni a Scepan Polje w Czarnogórze na mapie grubą żółtą linią (drogi krajowe i ekspresowe – wg legendy) można uznać za nieudany żart kartografa. Nasza "ekspresówka" cierpiała na permanentny zanik asfaltu, a w kilku miejscach pierwszeństwo wymuszały na nas stada krów. Mimo to całkiem sprawnie udało nam się dojechać do Podgoricy, stolicy jednego z najmniejszych i najmłodszych państw Europy. Stamtąd planujemy jechać w góry Prokletije, co po serbsku znaczy „przeklęte”. W ich obrębie znajduje się między innymi Zła Kolata – najwyższy szczyt Czarnogóry, oraz Djeravica (Gjerovica) – najwyższy szczyt Kosowa.

W tym momencie warto zastanowić się nad kwestią przypadku w podróży. Coś źle się dzieje przez nieuwagę (tak straciliśmy dwie kurtki, ręcznik, ładowarkę do telefonu i zegarek), przez lekkomyślność (przez nią uszkodziliśmy palnik turystyczny), lub z powodu czyichś złych intencji – to nas na szczęście nie spotkało. Przypadki mogą być też bardzo szczęśliwe. Tym razem okazuje się że dwoje jegomości jadących do Plav chętnie przenocuje nas w domku letniskowym jednego z nich. Ów „domek”, malowniczo położony gmach nad górskim jeziorem, opócz wszelkich luksusów jest też świetną bazą wypadową w pobliskie góry.

Na kolację jesteśmy zaproszeni do restauracji, co po kilku dniach jedzenia głównie prostych dań z ogniska brzmi jak sen. Następnego dnia wstać udaje nam się o godzinie, która wyklucza wejście na Kolatę; droga na nią jest długa, a zaczynać trzeba ze wsi Vusanje, czyli ok. 15 km od Plav. E., u którego nocowaliśmy, wcale nie jest tym zmartwiony, wręcz przeciwnie. Mając cały dzień, oprowadza nas po okolicy, z dumą pokazując każdą uliczkę i przedstawiając nas swoim znajomym. Mówi też sporo o sobie. Jego ojciec był w parlamencie Jugosławii. On jest biznesmenem, posiada browar i kilka fabryk w Holandii. Pokazuje zdjęcia z otwarcia jednej z nich. Albo swoje zdjęcia z premierem Czarnogóry czy z wieloma innymi politykami. Ma żonę i syna. Wszystko idzie dobrze. Tylko stres. Coraz większy z każdym rokiem. Im więcej zatrudnia ludzi i więcej zarabia, tym gorzej. Teraz już nie potrafi zasnąć bez piwa na wieczór. Mówi, że chciałby gdzieć pojechać choć na kilka dni, ale tak by nie myśleć o rynku i finansach. Albo w ogóle wszystko to rzucić.

Wieczorem E. oznajmia nam, że w nocy wyjeżdża w interesach do Sarajewa. Nie wie, kiedy wróci, więc zostawi nam klucze od domu. Możemy zostać u niego, ile dni chcemy, a jakbyśmy wyjechali przed jego powrotem to mamy po prostu zamknąć za sobą drzmi i schować klucze w miejscu, które nam wskazał. Postanawiamy nie nadużywać gościnności i jak najszybciej przenieść się w góry.

Droga na Kolatę początkowo jest całkiem prosta; idzie się w górę strumienia aż do przełęczy na granicy z Albanią, a potem trzeba jakoś sobie radzić[2]. My w tym miejscu spotykamy albańskiego pasterza (w tym rejonie po obu stronach granicy mieszkają Albańczycy), który pokazuje nam szczyt i na migi radzi iść prosto pod górę. Nieco lekkomyślnie słuchamy jego rady mimo, że stoki Kolaty są na tyle strome, że praktycznie się wspinamy zamiast maszerować. Po około 1,5h jesteśmy na grzbiecie górskim. Gdzie – do końca nie wiemy. Kolata ma trzy wierzchołki, my kierujemy się w stronę tego, który wydaje się najwyższy[3].

Tam zaczyna robić się nieciekawie; szczyt kończy się przepaścią, a drogi zejścia nie widać. Trasa, którą wybieramy, prowadzi przez głębokie szczeliny, często tak szerokie, że trzeba je obchodzić. Kilka razy trafiamy do miejsc, z których nie da się iść dalej i trzeba się cofnąć. Niebo niebezpiecznie się chmurzy, zaczyna robić się późno, a my dalej nie potrafimy zejść na dół. Gdy wreszcie odnajdujemy mniej stromy stok, po którym schodzimy spowrotem do przełęczy, jesteśmy szczęśliwi jak dzieci na gwiazdkę. Dalsze zejście to już pikuś. We wsi Vusanje jesteśmy o zmierzchu, ale poznany rano człowiek zaprasza nas na kawę, proponuje prysznic i wskazuje miejsce na namiot. Jest oczywiście Albańczykiem, jak wszyscy tutaj.

Rano łapiemy autostop w stronę Kosowa. Tu czeka nas niespodzianka; kierowca, który nas podwozi, zna płynnie język polski. Jest oczywiście Abańczykiem, ale wiele lat pracował jako wolontariusz razem z polskimi lekarzami w Afryce. Mówi też nieco o wojnie. Winą za zbrodnie obarcza głównie NATO. Wspomnienie wojny w całym regionie jest świeże, Kosowo oderwało się od Serbii ledwie kilka lat temu. W wielu miastach widać pomniki albańskich żołnierzy, do teraz stacjonują tu wojska NATO – np. chronią monaster Visoki Decani. Tam właśnie lądujemy z zamiarem wejścia na najwyższy szczyt Kosowa – Djeravice. Nie chcąc popełnić błędu z Kolaty, próbujemy gdzieś kupić mapę. W Decani – nie ma. W monasterze – też nie. Postanawiamy cofnąć się do Peji (po serbsku Peć) - największego miasta w okolicy. Tam znajdujemy punkt informacji turystycznej, ale niestety już zamknięty. Mając czas do rana, włóczymy się po mieście, rozglądając za dogodnym miejscem na namiot i robimy zdjęcia co ciekawszym budynkom. Tym zwracamy na siebie uwagę właściciela pewnej restauracji... i zostajemy zaproszeni na urodziny jego córki. Z rodziną solenizantki żegnamy się dopiero po północy. Rano dowiadujemy się, że mapy żadnej nie ma, ale ze wsi Junik można dojść na szczyt prostą, oznaczoną trasą.

Po kilku godzinach jazdy autostopem lądujemy na wspomnianej wyżej drodze. Nie przeszliśmy nawet kilometra (głównie z powodu soczystych jagód w pobliżu drogi), kiedy koło nas przejeżdża pick-up. Na migi pokazujemy kierowcy, żeby wziął nas "na pakę". Udało się, jedziemy na przyczepie razem z workami mąki, soli i papryki. Po kilku kilometrach krętej, stromej leśnej drogi wyjeżdżamy na polany. Co kawałek można tu zauważyć dzieci i dorosłych kręcących się wkoło szałasów, oraz stada owiec pilnowane przez pasterzy. Kierowca i jego żona zapraszają nas na obiad, proponują nocleg. Nie korzystamy, zamierzamy wejść na szczyt, póki nie grozi to schodzeniem po zmroku. Na szczęście tu akurat orientacja jest bardzo prosta - Djeravica jest jedyną tak wysoką górą w najbliżeszej okolicy (2656m.n.p.m.), a pod sam jej czubek ciągną się pastwiska, którymi można dojść na górę prawie z każdej strony. Z wierzchołka zaś ciągnie się niczym nie ograniczony widok w każdym kierunku.

Gdy schodzimy ze szczytu, wybiega w naszą stronę chmara dzieci. Na migi pokazują jeden szałas, w którym będziemy nocować, a skinieniem ręki pokazują, że mamy iść za nimi. Trafiamy do szałasu w centrum osiedla[4]. W środku jest ze dwadzieścia ludzi: od dzieci po starców. Dwie dziewczyny mówią trochę po angielsku. W blasku lampy naftowej tłumaczą każde nasze słowo na albański, a następnie, po naradzie całej rodziny, zadają kolejne pytania: Skąd jesteśmy, ile mamy lat, gdzie pracujemy. Dzieci przyglądają nam się z uwagą, pierwszy raz w życiu widzą na żywo ludzi o naszym kolorze włosów i skóry (oboje mamy jasne blond włosy i jasną cerę, raczej niespotykaną u Albańczyków). Dorośli próbują zrozumieć, skąd się wzieliśmy akurat w tej okolicy. Mówią też nieco o sobie. Są w różny sposób ze sobą spokrewnieni, największe stado owiec należy do seniora rodu, a w październiku kończy się wypas i schodzą do dolin. Młodzież studiuje/uczy się w Tiranie, tutaj przyjechała tylko na wakacje pomóc rodzicom w pracy. Mają prowizoryczne boisko do siatkówki (dwa kije z rozpiętą między nimi linką) i piłkę. Właściwie to nasze przybycie jest największym wydarzeniem tych wakacji.

Rano okazuje się, że nie możemy iść dalej – przecież zostaliśmy zaproszeni na mecz siatkówki, a potem na obiad. Nawet na naszą cześć zabito baranka (przy nas, a dokonał tego może 10 letni chłopczyk). Po południu okazuje się, że dalej musimy zostać, jesteśmy przecież zaproszeni na kolację, i rano na śniadanie. Zaczyna się błędne koło. Mimo że czas nam mija na grze w siatkówkę, piciu owczego mleka i jedzeniu pasterskich serów, zdajemy sobie sprawę, że nasi gospodarze najchętniej gościliby nas całe tygodnie. W końcu tu wskazówki zegara płyną wolniej, odwiedziny często trwają wiele dni. Następnego dnia, prawie że po kryjomu, opuszczamy nasz szałas i schodzimy drogą w dół. Po drodze mijamy inne osiedla pasterskie, wszędzie jesteśmy zapraszani na kawę, śniadanie i nocleg (a jest dopiero 7-8 rano). Bliżej wsi trafiamy nawet na Serba (tu Serbowie to rzadkość), który jest przeszczęśliwy widząc "słowiańskich braci", a nie tylko Albańczyków. Jemy z nim śniadanie, podziwiamy jego dwie krowy – jest z nich niezmiernie dumny – i schodzimy do Decani, pod wspomnianą wcześniej bazę wojsk NATO.

Mimo cudownych wspomnień czasu spędzonego z mieszkańcami tych gór, cieszymy się, że udało nam się uwolnić od ich niezwykłej gościnności. Następnym naszym celem był Korab w Albanii, a potem Olimp w Grecji, Musała w Bułgarii i Midżor w Serbii; ale to już inna historia.

Autor: Michał Rakoczy


[1]Serbia, ale też wiele innych państw, nie uznaje niepodległości Kosowa. 

[2]Przed wyjazdem, z powodu pewnego zbiegu okoliczności, nie udało nam się zdobyć odpowiednich map, więc kierowaliśmy się opisami znalezionymi na forach internetowych. 

[3]Dopiero w Polsce dowiedzieliśmy się że prawdopodobnie minęliśmy o kilka metrów najwyższą Złą Kolatę i  weszliśmy na sąsiednią Dobrą Kolatę.

[4]Osiedlem nazwaliśmy cztery sąsiadujące ze sobą szałasy oraz zagrody dla owiec, należące do jednej grupy pasterzy i ich rodzin

Zachęcamy do zapoznania się również z pierwszą częścią opisu tej podróży:

Pomoc psychologiczna

Studenci i Doktoranci Uniwersytetu Śląskiego mogą korzystać z bezpłatnego wsparcia psychologicznego i poradnictwa w Centrum Obsługi Studenta.

Skontaktuj się ze specjalistami w następujących obszarach:

W celu ustalenia terminu indywidualnej konsultacji psychologicznej prosimy o kontakt drogą elektroniczną lub telefonicznie.