wielkość liter: A A
Słuchaj Radia Egida

Moja historia - ludzie mówią "DDA"

Mówią, że historie wzięte prosto z życia przemawiają do ludzi najbardziej. Dlatego też długo zastanawiałam się, czy podzielić się swoją opowieścią. Jaki wniosek? Życie może i przynosi problemy, ale musiałoby być nieźle kreatywne, żeby każdemu „sprezentować” coś innego.

 
          Dlatego jestem prawie pewna, że wielu z Was czytając moją historię, znajdzie w niej element swojego życia. I bardzo dobrze - wiedza, że nie jest się samemu daje siłę i pocieszenie. Ale po kolei.
 
          Bohater - to ksywka, z którą identyfikowałam się przez większość mojego życia. Zawsze gotowa do obrony i wysłuchania, zawsze w stanie pogotowia, bo może ktoś będzie w potrzebie, ciągle dążąca do perfekcji, ale wiecznie niezauważana, nigdy niepotrzebująca pomocy. Krótko mówiąc człowiek ze stali, którego najlepszym przyjacielem była poduszka. Często w nocy wypłakiwałam oczy, bo czułam, że nie dzieje się tak, jak powinno, ale zawsze rano wstawałam gotowa do misji ratowania świata. I ciągle miałam nadzieję, że stanie się coś co sprawi, że życie mojej rodziny się zmieni, że w końcu będziemy szczęśliwi, tak jak większość otaczających nas ludzi. Ale ojciec jakoś nie potrafił przestać pić. I tak toczyło się nasze życie - od awantury, przez czas tak zwanych cichych dni i uprzykrzania sobie życia, aż po miodowy miesiąc, podczas którego wszyscy mieliśmy nadzieję, że to był ostatni raz...
 
          Terapia? „Przecież jestem silna - może i dzieje się źle w moim życiu, ale ja sobie poradzę. Niech się żalą psychologom Aniołki albo Kozły Ofiarne. Ja nie potrzebuję pomocy.” Tak myślałam jeszcze jakiś czas temu. Prawda była taka, że bardzo potrzebowałam pomocy, tyle tylko, że nie umiałam się do tego przyznać sama przed sobą. Była to dla mnie największa hańba - dać sobie pomóc. Problem leżał też w tym, że zwyczajnie nie umiałam prosić o pomoc, bo wszyscy zawsze prosili mnie. Byłam skałą, opoką, która teraz miała upaść? Nigdy w życiu!
 
          Jednak każdy człowiek ma pewne granice wytrzymałości. Na mnie też przyszła pora. Może dlatego, że poduszka już nie była w stanie unieść ciężaru moich łez? Wiem na pewno, że pewna Dobra Dusza, którą spotkałam na swojej drodze, bardzo mi pomogła w podjęciu decyzji o terapii. Przez pięć lat cierpliwie mnie słuchała i starała się naprowadzić na tory, prowadzące do zgody z samą sobą, do życia bez ciągłego strachu, do życia własnym życiem, a nie życiem mojego ojca, dla którego priorytetem zawsze była butelka. I po pięciu latach walki z samą sobą zdecydowałam się poprosić o pomoc.
 
          Pierwsze spotkania były naprawdę straszne. Musiałam głośno opowiedzieć o tym, co dzieje sie u mnie w domu. Musiałam powiedzieć, czego oczekuję po tych spotkaniach - czyli po prostu przyznać się do tego, że sobie nie radzę. A potem wygrzebywanie się z roli Bohatera. Na samą myśl o tym, że mam iść do kogoś i wypłakać mu się na ramieniu, miałam ochotę uciekać. A tu zadania domowe w stylu „napisz co zrobiłyby bliskie Ci osoby, gdybyś je poprosiła o pomoc”. Myślę, że żadne słowa nie opiszą tego co czułam, gdy pisałam - jak mi się wtedy wydawało - te brednie, ale było to jedno z gorszych zadań, które przecież musiałam odrobić, żeby zacząć zdrowo funkcjonować. A potem płacz nad dzieciństwem, które zostało mi odebrane i mozolne odkrywanie prawdy - o sobie, o mojej rodzinie, o moich bliskich, o tym, co tak naprawdę dzieje się w domu. Ale z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej. Zaczynałam czuć, czym jest prawdziwe życie. Zaczynałam się otwierać - na ludzi, na świat. Wyszłam z domu, poznałam wspaniałych ludzi, zawarłam prawdziwe przyjaźnie. Jako perfekcjonistka przyszłam na terapię z myślą, że gdy ją skończę, moje życie stanie się pasmem niekończących się sukcesów. Miałam nadzieję, że moja rodzina też zdecyduje się na ten krok i że będzie jak w bajce - będziemy żyć długo i szczęśliwie. Tak się niestety nie stało, ale już nie załamuję rąk z tego powodu. Bo jest kilka rzeczy, które odkryłam podczas tej półtorarocznej „odnowy duchowej”. Pierwsza i najważniejsza jest taka, że każdy ma swoje życie i to, co z nim zrobi jest jego własną sprawą. Moi rodzice są dorośli, a ja zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby nakłonić ich do sięgnięcia po pomoc. Nie chcą - ich wybór. Ale ja już nie muszę ich pilnować i rozwiązywać ich problemów, bo mam swoje własne. Brutalne? Myślę, że po prostu prawdziwe. Druga sprawa to to, że ludzie nie są ze stali i każdy, nawet największy twardziel, czasem potrzebuje, żeby go przytulić. I co najlepsze - nie ma w tym nic złego czy upokarzającego. Tak po prostu jest. I w tym tkwi całe piękno - we wzajemności. Kolejna rzecz - świat nie jest czarno-biały, a ludzie nie dzielą się tylko na takich, którzy siedzą po uszy w bagnie i na tych, którzy są obrzydliwie szczęśliwi. Każdy ma swoje radości i swoje smutki - sztuką jest widzieć i jedne i drugie i reagować na nie odpowiednio. Już nie rwę włosów z głowy, gdy szklanka wypadnie mi z rąk i się potłucze - po prostu idę po miotłę, robię porządek i biorę następną. Moim dużym problemem było popadanie w skrajności - kiedy ojciec przychodził pijany, to od razu opadałam z sił i płakałam gdzieś po kątach, a kiedy był trzeźwy, to miałam ochotę fruwać z radości. Nie było nic po środku, żadnych kolorów, tylko czarne albo białe. A to wykańcza. Taka huśtawka emocjonalna jest jak bieg interwałowy - po przebiegnięciu czterystu metrów jednym tempem jest się zmęczonym, ale gdy przebiegnie się ten sam dystans cały czas zwalniając i przyspieszając można, kolokwialnie mówiąc, wypluć płuca. Takie emocjonalne wyciszenie sprawiło, że czuję się dużo lepiej i że każde zadanie, które przede mną staje, nawet najłatwiejsze, nie jest walką na śmierć i życie. Poza tym uwierzyłam w siebie, zaczynam wychodzić z cienia i mimo że jest jeszcze kilka rzeczy, nad którymi cały czas pracuję to wiem, że sobie poradzę. Nauczyłam się też akceptować rzeczy, na które nie mam wpływu, wybaczać sobie błędy, bo prawda jest taka, że byłam dla siebie bardzo surowym sędzią. Nauczyłam się szczerze śmiać i szczerze płakać, mówić o sobie. Uczę się żyć, a nie tylko istnieć. W trakcie terapii często powtarzałam, że wiele rzeczy wiem, ale ich nie czuję - wiedziałam, że mogę popełniać błędy, ale gdy jakiś się przydarzył, to nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Dzisiaj wiem, że moja praca nie poszła na marne i to, co tylko wiedziałam, dzisiaj również czuję i jestem do tego przekonana. A najlepsze jest to, że wiem, że moje życie nie będzie zawsze różowe, że nie wszystko mi wyjdzie, że spotkają mnie trudne chwile, ale mimo wszystko jestem spokojna, bo są ludzie, którzy zawsze mi pomogą, a ja o tą pomoc już nie wstydze się prosić.
 
          Mówią, że historie wzięte prosto z życia przemawiają do ludzi najbardziej. Dlatego też długo zastanawiałam się, czy podzielić się swoją opowieścią. Decyzja podjęta, historia napisana. Napisana po to, żeby wyzwolić odwagę w tych, którzy tak jak ja kiedyś potrzebują bodźca, żeby dać sobie pomóc. Żeby pokazać, że są ludzie, do których o tą pomoc można się zwrócić. Żeby uświadomić , że każdy ma swoje życie i sam ma prawo wybrać, jak je przeżyć. Zatem trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Bo cuda zaczynają się dopiero tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości. I nikt z nas, dzieci alkoholików, nie jest odpowiedzialny za to, co działo się w naszych domach. Ale każdy z nas odpowiada za swoje dalsze życie, za relacje z przyjaciółmi, rodzinami, które większość z nas planuje założyć. Dlatego żeby nie opłakiwać całego życia, proponuję znaleźć kogoś, kto pomoże Wam opłakać dzieciństwo i wejść w dorosłe życie z podniesionym czołem. I samemu wybrać, jak chcecie je przeżyć.
 
          Nie podpiszę się pod moją historią z dwóch powodów. Po pierwsze jest to też po części historia moich bliskich, a nie wszyscy oni jeszcze są gotowi na to, żeby ją opowiedzieć. Całkiem możliwe, że nigdy nie będą. A po drugie i najważniejsze nie chcę, aby tożsamość dorosłego dziecka alkoholika determinowała moje życie - chciałabym, aby ludzie słysząc moje nazwisko myśleli przede wszystkim „dobra studentka”, „fajna dziewczyna” albo chociażby „leniwe stworzenie”, a nie „biedne, skrzywdzone przez życie dziecko”. Bo to JA decyduję o tym, że jestem dobrą studentką, fajną dziewczyną i straszliwym leniem. I już sama przestaję myśleć o sobie jako o Dorosłym Dziecku Alkoholika. Jestem zwykłą dziewczyną, dla której życie przygotowało taką, a nie inną historię, ale której również postawiło na drodze wielu wspaniałych ludzi, którzy pomogli zmienić jej bieg. I za to jestem bardzo wdzięczna.
 
          Co do kwestii organizacyjnych, jest wiele miejsc, do których można udać się po pomoc. Chcę tutaj zanaczyć, że bycie dorosłym dzieckiem alkoholika nie oznacza żadnej choroby, nie determinuje też życia w nieszczęściu. Jednak to, co dzieje się w naszych domach sprawia, że na to nieszczęście jesteśmy bardziej podatni przez zachowania i myśli, które wyrobiliśmy sobie w domu, chcąc przetrwać, a które w dorosłym życiu już niekoniecznie są takie przydatne. Ja zdecydowałam się na terapię indywidualną, ale jest wiele ośrodków, gdzie można spróbować terapii grupowej. W każdym mieście znajdują się ośrodki terapii uzależnień, gdzie mogą zgłaszać się zarówno osoby uzależnione, jak też ich rodziny. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „ośrodek terapii uzależnień” i swoje miasto, a na pewno pojawi się strona z numerem telefonu do danej placówki. Można też zgłaszać się do ośrodków w innych miastach - ta praktyka jest stosowana, kiedy ktoś obawia się, że może spotkać w placówce kogoś znajomego, a wolałby tego uniknąć. Wystarczy zadzwonić, zaznaczyć, że to nasze pierwsze spotkanie, a panie recepcjonistki pewnie zajmą się resztą. Istnieją też ośrodki interwencji kryzysowej, gdzie również można otrzymać pomoc. Jednak tym, czego potrzeba na sam początek jest odwaga i właśnie jej życzę osobom, które boją się sięgnąć po pomoc, a czują, że jej potrzebują. Powodzenia!
 
Autor: XY